Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolarstwo. Pokaż wszystkie posty

Czekając na światełko w tunelu

Dziś będzie o jesienno-zimowej miejskiej jeździe rowerowej.

Pewnie ktoś spyta co to ma wspólnego z kolarstwem zawodowym, albo chociaż amatorskim, w którym staram się aktywnie uczestniczyć. Co to w ogóle ma wspólnego ze sportem?!

Otóż ma. I to wiele. Bo miejska jazda rowerowa to najbardziej ekstremalny sport zimowy jaki w życiu widziałem.

Jakie jest największe zagrożenie dla rowerzysty jesienią i zimą na drodze?

Mróz? Jeszcze nie wiem, ale do temperatury zero stopni daję radę. Wystarczą tanie ciuchy z Decathlona i Lidla. To się naprawdę sprawdza. Polecam. 

Zmrok? Jest to na początku szok. Zwłaszcza, jak się ciemność widzi po wjeździe do Parku Grabiszyńskiego. Czarna dziura i czarna rozpacz. W XXI wieku nie ma żadnej lampy w dużym parku we Wrocławiu. Nie pospacerujesz, nie pobiegasz, nie pojeździsz. Widzisz otchłań, więc hamulec i powrót na ścieżkę rowerową wzdłuż ulicy. Tam przynajmniej coś widać...

To co jest zagrożeniem numer jeden? Oczywiście inni rowerzyści. Bo rowerzyści to debile. Nie wszyscy oczywiście. Statystycznie wychodzi mi, że połowa. Podobnie jak kierowcy i piesi. Wszyscy jesteśmy siebie warci. Wspólnie tworzymy ekstremalną zimową miejską jazdę rowerową przy której slalom gigant i skoki narciarskie, to zabawa dla cieniasów. Przesadzam? Chyba nie bardzo, ale pięć dni w tygodniu na trasie dom-praca-dom czuję się, jak struś wystraszony na betonie. Jestem po prostu w szoku, a adrenalina rozgrzewa mnie od środka i świetnie chroni przed zimnem.

Podczas zimowej jazdy miejskiej spotkałem, jak dotąd, pięć typów świrów po jednym na każdy dzień tygodnia. Strzeżcie się ich!

Poniedziałek – Jednokomórkowy bandyta

Typowy przypadek. Spotkał się z nim na pewno każdy rowerzysta. Jedziesz ścieżką rowerową, a z ulicy osiedlowej wyjeżdża samochód. Kierowca nie uznaje ścieżki, jako części drogi, którą poruszają się piesi i rowery. Grunt, że spojrzał w lewo. Nie było żadnego auta, więc gaz do dechy i już mknie przed siebie. Zazwyczaj komórka w ręce i gadka szmatka. Jedna komórka w ręce i jedna szara komórka w głowie = wielkie niebezpieczeństwo.

Kiedy jakimś cudem taki bandyta zobaczy cię w ostatniej chwili, to nie zwolni, nie przepuści, ale pokazuje środkowy palec, gestykuluje i wyzywa. Nie trzeba być fachowcem od czytania z ruchu warg. Zazwyczaj pada: „Jesteś, kur..., poje...”. Standard.

Moja rada. W takiej sytuacji, drogi rowerzysto, masz dwa wyjścia. Jechać dalej i zapomnieć albo zapytać kierowcę dlaczego uważa, że to ty jesteś idiotą. Jeśli wybierasz opcję drugą, to ruszasz za jednokomórkowym bandytą i liczysz na to, że będzie musiał zatrzymać się na światłach. Przy odrobinie szczęścia podjeżdżasz do niego, pukasz w szybę, każesz otworzyć i wyjaśnić dlaczego wyzywa rowerzystę i łamie przepisy. Zazwyczaj kierowca jest w szoku, oczy wychodzą mu z orbit, robi się malutki, chowa głowę pod kierownicę i czeka z niepokojem na zielone światło. Trafił świr na świra i się wystraszył.

Nie ma co odpuszczać. Kierowcy chcą być panami sytuacji, bo chroni ich metal i szyba. Myślą, że jadą czołgami, a każdy rower to wróg po którym można przejechać bez konsekwencji. Z głupotą trzeba walczyć. To jest wojna na argumenty i o przetrwanie w miejskiej dżungli. Może da do myślenia...

Wtorek – Mamuśka z córką


Jadę ścieżką dla rowerów, która oddzielona jest od chodnika białą linią. Zasady są proste i czytelne. Przed sobą widzę kobietę idącą z dzieckiem. Matka spaceruje chodnikiem, ale dziecko idzie drogą dla rowerów. Wymijam, hamuję i mówię, że ryzykuje, bo ktoś dziecka nie zauważy, nie wyminie, uderzy i zabije. Zero reakcji. Odjeżdżam, oglądam się – sytuacja bez zmian, czyli spacerek na krawędzi głupoty trwa w najlepsze. Biała gruba linia nie daje do myślenia a głupi rowerzysta nie będzie przecież pouczał ludzi. Ręce mi opadły, ale tylko na chwilę, bo przecież muszę się trzymać kierownicy...

Środa – Pani z pieskiem i smycz śmierci

Jadę chodnikiem, bo są miejsca, gdzie nie mam odwagi wjechać na ulicę. Wiem, że łamię prawo, ale zdrowie ważniejsze. Widzę przed sobą panią spacerującą z psem. Zmniejszam prędkość do 5km/h. Kobieta idzie prawą stroną, a pies biega lewą stroną chodnika. Między nimi smycz wyciągnięta na całą szerokość chodnika. Pytam kulturalnie czy może zrobić trochę miejsca. Słyszę, że jestem cham i prostak, a miejsce roweru jest na ulicy. Jasne. Ja się zgadzam. Ale, czy miejsce psa jest na chodniku? I widzę, że sra na ten chodnik i szanowna pani nie sprząta po psie. Kto jest cham i prostak i kto powinien zapłacić większy mandat...?

Psy obowiązuje taka sama dyscyplina i reguły współżycia, jak ludzi.... :)


Taka smycz jest jak kij wsadzony w szprychy. Zastanawiam się czy najpierw sam bym się zabił, gdybym w nią wjechał czy jednak zdążyłbym zmilelić psa między szprychami? Obym nigdy się o tym nie przekonał...

Czwartek – Nic nie widzę, nic nie słyszę, bo w aplikacji jestem


A teraz przejaw największej głupoty i zagrożenia na trasie rowerowej. Jadę ścieżką rowerową. Naprzeciwko jedzie facet pod prąd. Prosto na mnie. Na uszach słuchawki zasłaniające pół głowy. Chłopak się relaksuje, jak Lewandowski przed meczem. W ręce trzyma komórkę i pisze jakiegoś SMSa albo inny komentarz na Fejsika. I to by był jego ostatni wpis w życiu gdybym nie zjechał na lewo. Krzyczałem, machałem rękami. Na próżno, bo debil nie widzi i nie słyszy. Facet zobaczył mnie gdy byłem metr od niego. Za późno. Przecież zajęty był, a aplikacja w komórce nie ostrzegła go przed zagrożeniem. Przez takich rowerzystów wszystkich traktuje się jak wariatów. I ciężko przekonać kierowców czy pieszych, że debilem jest jedynie co drugi na rowerze...


Piątek –Kamikadze atakują po ciemku

Pod koniec października po 17.00 jest tak ciemno, że nie wyobrażam sobie jazdy rowerem bez oświetlenia. Z tyłu mam lampkę, drugą z przodu i dodatkowo latarkę na kierownicy. Ale to nie jest standard. Ilu rowerzystów na dwudziestu na mojej trasie praca-dom ma jakiekolwiek oświetlenie? Dziesięciu! Połowa jedzie na przysłowiową pałę! Totalni kamikadze, których widzisz  w ostatniej chwili, kiedy może być już za późno. Jak ktoś chce się zabić, to powinien to zrobić w miejscu, gdzie nie zagraża innym. Taka lampka rowerowa to koszt 15 złotych. Powinni o tym dzieciom w szkołach mówić albo do nowego elementarza dodać hasło L jak lampka. 

Może jakaś kampania społeczna? Spotkania w zakładach pracy? 

Mam nadzieję, że tym tekstem choć jednemu debilowi na dwóch kółkach dam do myślenia. Nie liczę na więcej, bo nie poczuwam się do odpowiedzialności, aby przywieźć na kierownicy wszystkim kamikadze kaganek oświaty. 

Życzę ludziom bez wyobraźni, żeby zapaliła im się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza. A później niech taka sama zabłyśnie pod rowerowym siodełkiem. 

Jest szansa i nadzieja, że wkrótce w tej sprawie zobaczymy światełko w tunelu...?

Tomasz Armuła
Czytaj więcej
 

Armuła komentuje # 11

Kumple zaliczyli Liczyrzepę.
Ból kolegów po wyścigu minie. Mnie rezygnacja z wyścigu będzie długo boleć;-)

A tak na poważnie, to nic mnie tak nie cieszy, jak wakacje, ale start Bukowskiego i Mrocza przeżywałem jakbym tam był i trzymał koło;-)
Gratulacje i szacun dla Was!
Sezon trwa, więc jeszcze w tym roku pokręcimy!

Trzeba wyjaśnić Mroczowi, jak się jedzie na kole i idzie na zmiany, bo inaczej współpraca w grupie będzie mu szła, jak-cytując Bukowskiego- " Z Ruskimi na Course da la Paix" .
Linkuję Dominika poniżej, bo to jeden z nielicznych fachowców od kolarstwa, który wie co robi w peletonie i wie co pisze.
Respekt dla szacunku.

http://armulatomasz.blogspot.com/2014/09/armua-komentuje-11.html?m=1

Czytaj więcej
 

Armuła komentuje # 9


Powiedzenie: Mieć motorek w dupie nabiera po tym filmie nowego znaczenia.
Ja się na prawach fizyki nie znam, ale to wygląda podejrzanie. Tu jest potrzebne śledztwo.
Jak się okaże, że to oszustwo, to mamy w kolarstwie nowy rodzaj dopingu-mechaniczny...

Smutne.

Materiał z tvn24 tutaj.http://sport.tvn24.pl/kolarstwo,129/rower-napedzany-silnikiem-w-vuelcie-kibice-widza-oszustwo,465043.html
Czytaj więcej
 

Armuła komentuje #8


Co właśnie czytam? Co mnie zaskakuje? Co mnie bawi, a co sprawia, że mam ochotę spalić autografy swoich idoli? Poniżej codzienny komentarz do otaczającej mnie sportowej rzeczywistości.

Zapraszam. Lektura zajmie Wam 10 sekund.


Pro-cycling.org donosi:

Ze złotym medalem Górskich Szosowych Mistrzostw Polski w wyścigu elity wróci w tym roku do domu Łukasz Owsian (CCC Polsat Polkowice), natomiast najlepszym orlikiem tej imprezy został Dominik Oborski (TKK Pacific Toruń).
(http://pro-cycling.org/index.php?kategoria=wiadomosci&artykul=27787)


Oprócz zawodowców ścigali się także amatorzy.
Rok temu walczyłem z podjazdem w Jagniątkowie. Było trudno, ale do zrobienia. Tym razem organizatorów poniosła fantazja i amatorzy musieli wspinać się dwukrotnie na ścianę 27%. Nie byłem. Nie wjechałbym, ale zawsze mogę zwalić na zły termin imprezy, bo jestem na wakacjach;-)

Ale na wyścigu był i ukończył go z super wynikiem Hardcorowiec z Jabłowa- Dominik Bukowski.

Startujemy razem w wyścigach i latamy turystycznie po Dolnym Śląsku. Gość jest moim idolem i wiem, że:

jak usiądzie komuś na kole, to nie odpuści.


Nigdy nie ogląda się na innych i jedzie swoje. Chyba, że turystycznie. Wtedy ma oczy dookoła głowy i dwa razy wjedzie na Okraj, żeby pomóc dętkę zmienić;-) (Dzięki!)


Trasę ma zawsze wykutą na pamięć, ale nie martwi się trudnościami na zapas. Wyzwania go motywują, ale nie przerażają.

Dobra, starczy słodzenia. Tutaj Bukowski o wyścigu.http://zajawkamoja.blogspot.com/2014/09/gorskie-mistrzostwa-polski.html?m=1
Czytaj więcej
 

Armuła komentuje #5


Co właśnie czytam? Co mnie zaskakuje? Co mnie bawi, a co sprawia, że mam ochotę spalić autografy swoich idoli? Poniżej codzienny komentarz do otaczającej mnie sportowej rzeczywistości.

Zapraszam. Lektura zajmie Wam 10 sekund.
---
Tour de Pologne już dawno za nami, ale przypomniał mi się SMS od kolegi, który pierwszy raz widział zawodowy peleton na żywo:

Przykro mi, że kolega ledwo zdążył zainteresować się kolarstwem, a już został "olany" przez kolarzy, ale taka jest brutalna kolarska rzeczywistość.

Czasami jest czas, żeby się zatrzymać...

Sikanie na komendę, gdy do mety daleko

W pięknych okolicznościach przyrody...
Gdy jest czas i nie ma stresu w peletonie, to zawodnicy zjeżdżają na pobocze.
Ale są sytuacje, kiedy tempo jest już duże i wtedy trzeba to robić w czasie jazdy http://i.imgur.com/Vizlw.jpg

Na szczęście amatorzy nie mają takiego ciśnienia... na wynik... :)
Czytaj więcej
 

Armuła komentuje#2


Co właśnie czytam? Co mnie zaskakuje? Co mnie bawi, a co sprawia, że mam ochotę spalić autografy swoich idoli? Poniżej codzienny komentarz do otaczającej mnie sportowej rzeczywistości.

Zapraszam. Lektura zajmie Wam 10 sekund.

---

/ Kolarstwo/ Na Vuelta a Espana wiatr rozdawał wczoraj karty. Były wachlarze i ranty, ale najsłabsi nie utrzymali koła.
Umiejętność jazdy na kole to ważna sprawa. Dlatego dziś czytam i polecam poradnik Gołasia.

We wrześniu czasówka parami w W Żmigprodzie. Namawiam kolegów i lecimy.
Ale najpierw teoria: 


http://magazynrowerowy.pl/jazda-na-kole-2/
---
Czytaj więcej
 

U innych przeczytane

Znalezione przy sobotniej kawie.
Fajny tekst Magazynu Rowerowego o kumplach z Dolmelu.
Polecam!

http://magazynrowerowy.pl/mistrzowie-z-dolmelu/

Czytaj więcej
 

TdP: jazda po stole, czyli...

Raj dla sprinterów i spacer dla górali

Jeśli ktoś nie śledził na żywo wyścigu Tour de Pologne i sprawdził jedynie klasyfikację generalną, to mógł dojść do wniosku, że tegoroczna edycja TdP była bardzo ciekawa i nic nie było pewne do ostatniego etapu. Nic bardziej mylnego. Niewielkie różnice czasowe w „generalce” są dowodem na to, że wyścig był znowu zbyt prosty, a o końcowym zwycięstwie zadecydowały ułamki sekund na sprincie pomiędzy kilkunastoma kandydatami do zwycięstwa.

Gliczarów to nie L’Alpe d’Huez, Strbskie Pleso  to nie Mont Ventoux. Nie zmienia to jednak faktu, iż w Polsce można pojeździć na rowerze pod górkę, bo warunki ku temu są. Niestety Lang Team nie korzysta z tego. Moim zdaniem to błąd i wyścig na tym sporo traci. Nasz narodowy tour jest rajem dla sprinterów i spacerem dla górali. Niestety.

Płaskich etapów nie komentuję. Były ucieczki, Polacy robili, co mogli, ale peleton - z jednym wyjątkiem - z premedytacją połykał uciekinierów. Zatem wszystko zgodnie z planem. Tylko w Warszawie kibiców jak na lekarstwo. Pustki na trasie. Wyglądało to słabo. Stolica rozpisywała się przed wyścigiem, że TdP to samo zło, bo będą korki w mieście. I ta propaganda zadziałała. Nie umiemy się cieszyć imprezą sportową na wysokim poziomie. Wolimy narzekać i szukać dziury w całym. To takie polskie, a nazwa wyścigu przecież zobowiązuje...

Prawdziwe ściganie teoretycznie  zaczęło się na trasie z Zakopanego do słowackiego Strbskiego Plesa. Ale dla zawodników z World Tour to były hopki. Jak zwykle uciekał Rutkiewicz szukając swojej szansy na mokrych zjazdach, ale nie wyszło. Na szczęście poprawił Majka! To nie był etap pod niego. Za krótki, za szybki, ale Polak jest tak pewny siebie po Tour de France, że objechał wszystkich na sprincie pod górę! Szacun, brawa! Jestem w siódmym niebie. Czekaliśmy na to dziesięć lat!

Ale gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, to co zobaczyłem w klasyfikacji etapu?

  1 Rafał Majka (Pol) Tinkoff-Saxo                             4:30:38
  2 Benat Intxausti Elorriaga (Spa) Movistar Team
  3 Jon Izaguirre Insausti (Spa) Movistar Team
  4 Gianluca Brambilla (Ita) Omega Pharma - Quick-Step
  5 Warren Barguil (Fra) Team Giant-Shimano
  6 Samuel Sanchez (Spa) BMC Racing Team
  7 Davide Formolo (Ita) Cannondale
  8 Lars Petter Nordhaug (Nor) Belkin Pro
  9 Andrey Amador Bakkazakova (CRc) Movistar Team
 10 Przemysław Niemiec (Pol) Lampre-Merida
 11 Serguei Firsanov (Rus) RusVelo
 12 Wout Poels (Ned) Omega Pharma - Quick-Step
 13 Julian David Arredondo Moreno (Col) Trek Factory Racing
 14 Pieter Weening (Ned) Orica Greenedge
 15 Gorka Izaguirre Insausti (Spa) Movistar Team
 16 Ryder Hesjedal (Can) Garmin Sharp
 17 Peter Velits (Svk) BMC Racing Team
 18 Maxime Bouet (Fra) AG2R La Mondiale
 19 Giampaolo Caruso (Ita) Team Katusha
 20 Marek Rutkiewicz (Pol) CCC Polsat Polkowice
 21 Christophe Riblon (Fra) AG2R La Mondiale
 22 Robert Gesink (Ned) Belkin Pro

Wygrał Majka, ale dwudziestu jeden kolarzy dojechało do mety nie tracąc do niego nawet sekundy. Koszulkę lidera zachował Czech Petr Vakoc, który absolutnie nie wierzył, że będzie w stanie nawiązać walkę w górach. No ale gór nie było...

Na kolejnym etapie Majka znów "rzucił bombę", której nikt nie był w stanie wytrzymać. W trupa i na zapieku, bo jak mówi Majka:


Skoro czuję, że mnie boli, to tych z tyłu też musiało boleć.

Majka góry przenosi! Żeby jeszcze tylko przekonał Czesława Langa, aby ten przeniósł nam etapy płaskie bliżej Karkonoszy i Tatr. Pomarzyć można. Ja tam szczegółów nie znam, ale domyślam się, że chodzi o pieniądze. Ile zapłacił Gdańsk, Kraków, Toruń, Rzeszów i Warszawa za przejazd peletonu i promocję swojego regionu? Podejrzewam, że Karpacza i Kotliny Kłodzkiej na to nie stać.
Kiedyś narzekałem na wyścig dookoła Polski, bo kolarze co roku ścigali się we wrześniu w brzydkiej pogodzie i tylko na jednym dużym podjeździe w Karpaczu. Kilkudziesięciu zawodników w ogóle nie kończyło imprezy, a ci, którzy poradzili sobie z niską temperaturą i z Orlinkiem wyglądali, jak po przejechaniu Paryż – Roubaix. Jako kibic cieszyłem się ze zmiany trasy i przenosin w Tatry. 

Zwycięzca etapu w TdP 2005 i całego wyścigu w 2013 roku
Różnorodność jest potrzebna. Należy dać szansę promocji i organizacji innym miastom. Jednak nie myślałem wtedy, że tak szybko zatęsknię za Karpaczem. Uważam, że katowanie Orlinka może być nużące, ale ten szczyt powinien znaleźć się znowu na trasie Tdp.  Bo lepszy Orlinek od płaskiego odcinka z metą w Krakowie. Nasz wyścig jest zbyt krótki i nie możemy sobie pozwolić na etapy przyjaźni albo łatwe i krótkie czasówki po płaskim terenie w ostatnim dniu imprezy. To nic nie zmienia, nic nie wnosi. Można wygrać dwa hopko-górskie"królewskie" etapy w Tatrach, później stracić zaledwie 18 sekund na płaskiej czasówce i przegrać wszystko. I zwycięzcą całego wyścigu jest ktoś kto w górach woził się blisko, ale jednak za plecami lepszych od siebie i wyskoczył na krakowskim rynku na płaskim.

Kto pamięta sprzed kilku lat górala Marka Rutkiewicza uciekającego po płaskim, jak stół rynku w Krakowie, ten prawdopodobnie zgadza się z moją opinią. Czysta desperacja. Najgorzej, jak są siły, motywacja i chęci, a nie ma gdzie się wykazać.
Wspominał przecież  kiedyś Sylwester Szmyd, że była na TdP „noga”, ale brakowało terenu. I pomyśleć o ile mogłoby podskoczyć nam ciśnienie (i kolarzom oczywiście), gdyby ostatni etap zakończył się na podjeździe…

O zwycięstwie w całym wyścigu, który kończy się w okolicach Tatr, powinna zadecydować samotna ucieczka i zgubienie rywali na wzniesieniu. A tu nie było, gdzie i kiedy odskoczyć i zmęczyć przeciwnika.

Wiem, że etapy płaskie też są potrzebne. W końcu sprinter, to też kolarz. Dlatego powinni oni mieć swoje przysłowiowe pięć minut. Ale zaznaczam - 5 minut, a nie cztery czy pięć etapów.
Marzy mi się TdP po południowej Polsce. Od Tatr po Karkonosze. 

Orlinek, deszcz, zimno. Tak bywało w Karpaczu.
Mamy Karpacz z dobrą bazą hotelową i ze wspomnianym Orlinkiem. Są obok przełęcze: Okraj, Kowarska, Rędzińska. Jest Zieleniec i czeskie szosy z fajnymi i trudnymi podjazdami. Wystarczy spojrzeć na przekrój Klasyka Kłodzkiego. A później przejazd w Tatry, czyli Zakopane, Bukowina, Gliczarów. Jest gdzie się ścigać pod górę. Czas na zmiany i rewolucję w tym wyścigu. Inaczej kibice przed telewizorem zasną...

Czesław Lang
Czesław Lang gwarantuje kibicom, co roku świetną zabawę, a organizatorzy zapewniają sportowcom coraz lepsze warunki pobytu w naszym kraju. Jednak to, że w hotelach jest przytulnie i jak w domu nie oznacza, że na trasie powinno być łatwo, prosto i przyjemnie. Zafundujmy najlepszym grupom kolarskim na świecie, to co w kolarstwie najlepsze. Mam na myśli ściganie na wysokim poziomie i wysoko nad poziomem morza. Postawmy sobie – dosłownie – wyższe cele.
Moja filozofia i rada dla organizatorów jest prosta:

Kto szykuje się, by zdobyć Mount Everest, ten na pewno wejdzie chociaż na takie nasze Tatry. A kto myśli o górce przed domem, nigdy nie spojrzy na świat z szerszej perspektywy.


I tyle na dziś, bo czas goni nas, czyli czas na czasówkę...


Tomasz Armuła



Czytaj więcej
 

HUZARia z Zielonego Wzgórza

To była rewelacyjna sobota. Bartosz Huzarski wrócił z Tour de France i postanowił ze swoimi kibicami zablokować na chwilę drogi dookoła Sobótki :)Na facebookowe zaproszenie Huzara do wspólnego kręcenia na rowerach odpowiedziało 40 osób. Zbiórka pod stadionem miejskim obok Alei Gwiazd Kolarstwa, wspólna fota i lecimy.


Pogoda jak na zamówienie, trasa rewelacyjna. Dla stałych uczestników imprez kolarskich w Sobótce zupełna nowość. Warto tam wrócić, żeby nie powielać ciągle trasy z Mistrzostw Polski.


Nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Nigdy nie słyszałem, żeby inni kolarze organizowali podobne spotkania. Nie wiem skąd pomysł Bartosza Huzarskiego (trzeba będzie zapytać) na taką akcję, ale to strzał w dziesiątkę. Oby więcej, oby częściej! :)

Trasa liczyła 50 kilometrów. Końcówka na Tąpadle kompletnie mnie zniszczyła i nie byłem w stanie utrzymać koła z najlepszymi, ale nie to było najważniejsze. Wiedziałem, że na mecie czeka nagroda i że to będzie niezły NUMER! :)

Meta w Sulistrowiczkach w knajpce Zielone Wzgórze. Siedzimy, gadamy, odpoczywamy. Pamiątkowy medal Huzara z TdF przechodzi z rąk do rąk. 


Huzar śmiga z kawą między stolikami jakby cale życie kręcił interesem restauracyjnym, a nie na rowerze. Człowiek czuje się jak w domu. Odpowiada na pytania, dzieli się wrażeniami z pierwszego w życiu Tour de France. Normalny facet. Nawet nogi, jak nie ze zdjęcia. Mówię Wam-człowiek z krwi i kości! :) Żaden cyborg!


Pierwszy raz miałem okazję porozmawiać z Bartoszem Huzarskim w 2006 roku. Byłem praktykantem w tygodniku Słowo Sportowe i za wszelką cenę chciałem tam wprowadzić rewolucję i wrzucić kolarstwo na pierwszą stronę.  Byłem głupi i naiwny. Połknęła moje marzenia brutalna rzeczywistość tak jak peleton pochłania uciekiniera. Gazeta żyła piłką od Ekstra do B klasy, więc zadanie kolarskie było praktycznie niemożliwe do zrealizowania. Ciężko było się przebić, ale nie odpuszczałem. Ruszał akurat Tour de Pologne, więc pasowało, żeby do gazety dolnośląskiej wrzucić wywiad z kolarzem z Dolnego Śląska.

No to dzwoniłem. Huzar zawsze miał czas, żeby pogadać z zielonym praktykantem. Nie odmawiał wywiadów, choć uczciwie mówiłem mu, że szanse na to, że wywiad wejdzie do gazety są małe. To był mój pierwszy kontakt "zawodowy" ze sportowcem z górnej półki. Pierwsze przetarcie w zawodzie. (Dopiero później była moja najważniejsza "czarna"specjalizacja, czyli Crumpy, Holdery, Golloby). Oczywiście miejsca na wywiad z Bartoszem Huzarskim w gazecie nie było. Naczelny odrzucił, bo ważniejsze były wyniki piłki nożnej albo reklama margaryny. Na szczęście nie zmarnowało się, bo kolarskie portale internetowe działały już wtedy prężnie: http://www.pro-cycling.org/index.php?kategoria=teksty&pokaz=2&artykul=232

Po latach widzę, że na starym podwórku sporo się zmieniło. Nie wiem czy po sukcesach Kwiatkowskiego i Majki czy trochę wcześniej po totalnej rewolucji redakcji Słowa Sportowego, ale dziś patrzę na okładkę gazety, a tam Huzar! To co mi się nie udało siedem lat temu, udało się redaktorowi Czechowi:  http://www.slowosportowe.pl/rozmowa-z-bartoszem-huzarskim-kolarzem-ekipy-netapp-endura-uczestnikiem-tour-de-france.html


I to mnie cieszy (choć zazdroszczę), bo pokazuje, że kolarstwo znowu może być na topie. Szkoda tylko, że trzeba było czekać na tak wielkie sukcesy, a nie umieliśmy wspierać tego sportu w kryzysie. Piłkarze dostają mega kredyt zaufania od trzydziestu lat. Gdzie tu sprawiedliwość?! Ale koniec narzekania. Cieszmy się kolarską chwilą! Niech trwa.

I tak siedzi cała HUZARia pod Zielonym Wzgórzem, a na odchodne Bartosz Huzarski wpada z kopertami...

A w środku niespodzianka. W życiu bym nie przypuszczał, że coś takiego mnie spotka! Wpadajcie przy następnej okazji do Sobótki! Z tego Huzara to jest niezły... numer! :)




Panie Bartoszu, za dziennikarskie przetarcie 2006 i niezły numer 2014, bardzo dziękuję!

Tomasz Armuła

Chwila przed startem

Mroczu atakuje przed metą

Renata pokonała Dominika na podjeździe;)

Meta

Przepraszam kierowcę w białym aucie, że jadę z lewej, ale Huzar... Sami rozumiecie...;)
Czytaj więcej
 

Szprychą w oko Zarzecznego

W ostatnich dniach pojawiło się w internecie i prasie tyle informacji na temat kolarstwa, że nie nadążam z czytaniem wszystkich doniesień. Informacje prasowe są na różnym poziomie. Czasami są tak żenujące, że nie mam pewności, czy dziennikarze i internauci  piszą te bzdury poważnie czy robią sobie jaja i puszczają do czytelnika przysłowiowe, ale znane już chyba w całym świecie kolarskim "Majkowe oczko". Bo jak traktować komentarze pseudoznawcy Pawła Zarzecznego:
Tour de France się skończył, zewsząd słyszę o tym, tymczasem… Kwiatkowski, ten bohater, jakieś półtorej godziny w plecy (pchamy, pchamy, ale jak radę damy). Majka, ulubieniec salonów, do tyłu dwie i pół godziny. To jest sto pięćdziesiąt minut, nie sekund. 

To jest kompletny brak zrozumienia tematu. Brak wiedzy na temat kolarstwa. Coś na zasadzie: nie znam się, to się wypowiem. Będzie więcej odsłon, zrobię show. Będę na "nie" w odróżnieniu od większości, pójdę pod prąd. Myślenie na poziomie praktykanta/studenta w gazecie, który myśli, że wywoła swoim buntem wielką rewolucję. Też tak miałem. W wieku 22 lat.


Bo teraz wszyscy w Polsce są fachowcami od kolarstwa. Nawet Zarzeczny. Facet pisze, że robi mu się w mediach wodę z mózgu, ale sam nie widzi, że leje wodę, a raczej wylewa wiadro pomyj na podwórko, na które nikt go nie zapraszał. Leczenie kompleksów...? Koledzy na lekcjach WF byli szybsi? Człowieku, odpuść sobie. Zjednoczyłeś całą kolarską brać. Nikt normalny i żaden znawca tematu nie stanie po Twojej stronie. 

Inne opinie nie są lepsze:

Kwiatkowski jest wielkim przegranym tego Touru, bo źle jeździ taktycznie

Wszyscy dają rady naszym kolarzom gdzie i kiedy mają uciekać, a kiedy oszczędzać siły w peletonie. Ruszyła Majko/Kwiato Mania. Z jednej strony cieszę się i myślę sobie: NARESZCIE. Czekam na to kilkanaście lat. Wreszcie są sukcesy i zupełnie inaczej ogląda się wyścigi kolarskie. Podobno do byłej szkoły sportowej Majki już dzwonią młodzi ludzie, którzy chcą podążać jego ścieżką kariery. Tak trzymać.

Jednak z drugiej strony drażni mnie, gdy osoby znające kolarstwo z gry komputerowej albo w teorii piszą rzeczy, które szkodzą tej dyscyplinie sportu i umniejszają ogromne sukcesy polskich zawodników. Kwiatkowski był aktywny. Był o włos od wygranej. Niejeden kolarz chciałby być na jego miejscu. A przed nim jeszcze długa kariera. Kwiatek sam nie zna jeszcze swoich możliwości, więc nie udawajmy, że znamy jego organizm i głowę lepiej od niego.

Na pewno są na koksie

Nie przeszkadzało mi, gdy dziennikarze wcześniej pisali artykuły i książki na temat dopingu, bo były to (zazwyczaj) informacje rzetelne i oparte na faktach, którym nikt nie próbował zaprzeczać.  Bo nie da się ukryć, że kolarstwo co chwilę pokazuje swoją ciemną dopingową stronę. Nie ma co udawać, że nie ma tematu i problemu. Ale jak już krytykować i mieszać z błotem, to za pomocą dowodów, wiedzy, faktów. O wpadkach dopingowych na TdF 2014 jeszcze nie słyszałem. Jak będą dowody, to będziemy pokazywać palcem winnych. Ja na oko i przez telewizor wysokości hematokrytu zmierzyć nie umiem. Od tego są fachowcy. Jednak obawy o czystość kolarstwa rozumiem. Za dużo złego się wydarzyło, żeby udawać, że wszyscy jadą na bułce z bananem.

Tegoroczny Tour de France to był kosmos.


Głównie dla polskich kibiców, ale nie tylko. Włosi mają swojego bohatera. Wreszcie przebudzili się Francuzi i zajęli dwa miejsca na podium.

"Rekin" Nibali zdeklasował rywali. 


Byli oni przy nim trochę jak statyści (duże straty czasowe). Chcę wierzyć, że Włoch zrobił to uczciwie, choć wiarę w sport wyczynowy prawie utraciłem. Nie tylko w kolarstwo. Doping jest wszechobecny tylko w innych dyscyplinach mówi się o nim mniej. Postać Alexandra Vinokourova dopingującego Nibalego (jakkolwiek to brzmi....) z samochodu klubowego Astany nie pozwala mi bardziej uwierzyć w fair play w sporcie.

Osoba Bjarne Riisa, który zakończył karierę z powodu brania dopingu, a teraz monitoruje karierę Rafała Majki też nie napawa mnie huraoptymizmem. Nie podoba mi się, że ludzie z taką przeszłością wciąż są celebrytami i kręcą tym sportem. Ale ja wierzę, że wszystko jest OK. Bo dopóki nie ma dowodów na popełnienie przestępstwa, to dla mnie wszyscy są czyści jak łza. Chcę w to wierzyć, tak jak wierzyłem parę lat temu pisząc o Armstrongu(http://armulatomasz.blogspot.com/2012/09/w-obronie-zywej-legendy_11.html). Może jestem naiwny, ale nie oskarżam i nie mieszam ludzi z błotem tylko dlatego, że odnieśli życiowy sukces. 

Zarzecznemu szprycha w oko i to tyle w temacie pseudodziennikarzy. Więcej na ten temat napisał na swoim blogu Dominik Bukowski (http://zajawkamoja.blogspot.com/2014/07/prawdziwie-polskim-okiem-o-tour-de.html) i nie będę tego powielał, bo zgadzam się z jego zdaniem w 50%, czyli na maksymalnym dozwolonym poziomie hematokrytu. Nie ma co przesadzać, bo mnie jeszcze ktoś posądzi, że za bardzo kogoś dopinguję... :)

Tomasz Armuła
Czytaj więcej
 

Przez Zieleniec po medal w grochy

Początkowo nie taki był plan. Miałem się zapisać na Klasyk Karkonoski, żeby drugi rok z rzędu wspiąć się na Jagniątków, ale plany wakacyjne zmieniły trochę mój kalendarz kolarski. No i padło na Rzeźnicki Klasyk Szosami Polski i Czech, czyli Klasyk Kłodzki. To najtrudniejsza impreza kolarska dla amatorów w naszym kraju.


Nastrój przed startem był dobry. Bukowski-Armuła-Mroczkowski proszeni na start.

Przetarcie niby było, bo udało się w tym roku przejechać Klasyk Radkowski, ale mimo wszystko Klasyk Kłodzki miał poczekać jeszcze rok. Z drugiej strony atmosfera tegorocznego Tour de France, wyniki Kwiatkowskiego i Majki, koszulka najlepszego górala sprawiły, że nie zamierzałem siedzieć w weekend w domu i grać wirtualnym Majką w Pro-cycling Manager. Trzeba jechać.


3,2,1, start!
Zieleniec zaskoczył pozytywnie. Duży parking, miejsce dla każdego. Organizacyjnie nieco gorzej. Dwa długopisy rzucone na stół, aby wypełnić oświadczenie, że jest się pozytywnym wariatem i będzie się zjeżdżać po szosie 70 km/h na własną odpowiedzialność. Później długa kolejka po odbiór numeru startowego w małej budce/wypożyczalni sprzętu narciarskiego. Za długo to trwało. Kto startował o ósmej ledwo zdążył na start. O rozgrzewce mógł zapomnieć. Organizatorzy w tej kwestii powinni brać przykład z imprez w Sobótce! (Sobótka też nie jest święta, ale o tym następnym razem).
 Sam start zgodnie z planem. Ruszamy co dwie minuty w drużynach po 10 osób. Każdy wie co, gdzie i kiedy. Zaczynamy od zjazdu. Ponad 10 kilometrów. Trzymam się blisko kolegi - kieszonkowego górala spod Wałbrzycha. Na wypłaszczeniu idziemy na krótkie zmiany. Bawimy się w jazdę zespołową, ale ja już wiem, że nie potrwa to długo.  Zaczyna się pierwszy podjazd, który przesiewa prawdziwych górali od chłopców jeżdżących codziennie do pracy rowerem po płaskim. Trzymam się ile mogę, ale tu nie ma sensu się napalać i gonić za wszelką cenę. Pomyślałem sobie, że tu trzeba jechać, jak Kwiatkowski w Tour de France, czyli własnym tempem i po doświadczenie. Przecież w życiu tu nie byłem na rowerze i nigdy nie przejechałem takiego terenu w tempie wyścigowym.
Profil trasy męczył od samego patrzenia na niego. Szczegóły przedstawił Dominik Bukowski na swoim blogu: http://zajawkamoja.blogspot.com/2014/07/juz-jutro.html

Meta. Jazda na oparach. Ostatkiem sił...

Pierwsze podjazdy całkiem znośne. Widoki ładne, choć nie ma czasu, żeby się rozglądać. Nie ma czasu na odpoczynek, bo po podjeździe zaraz zjazd. Nie ma wypłaszczenia. Nie ma gdzie złapać oddechu. Podjazd i zaraz pełne skupienie na zjeździe, bo ruch dla samochodów niestety otwarty. Lecimy w dół po asfalcie w różnym stanie-od słabego po rewelacyjny, więc trzeba uważać na niespodzianki. A największą niespodzianką był dla mnie autobus z przyczepką na rowery, który wyłonił się nagle i szedł w górę środkiem drogi. Dziękuję, ja hamuję. Działa na wyobraźnię. Chwile później ktoś leży po upadku. Za nim kilka osób zmienia dętkę, bo duża prędkość i dziurawy asfalt to mieszanka dla kolarza często pechowa.  Noga z gazu. Nie zaryzykuję, bo za słabo zjeżdżam. Ile  tu stracę? Minutę? Dwie? Kwadrans? Życie? :) Bezsensu...


Niby ścigam się sam ze sobą, ale przed wyścigiem był pewien zakład/umowa. Gdybym przyjechał w pierwszej setce, czyli w połowie stawki, to kumpel dostałby od żony zielone światło na kupno kolarzówki. Presja była. Motywacja też. Ale sił nie starczyło. Skończyło się na 126. miejscu na 211 startujących. I tak lepiej niż myślałem. 

Ale warto było.... :)


Udało się namówić na start kolegę, który miesiąc temu kupił kolarzówkę. Prawie udało się "wygrać" kolarkę dla drugiego rowerowego zapaleńca. Dzień można uznać za udany :)


A na mecie piękny medal z kolarzem w koszulce w grochy. Pomysł organizatorów bardzo fajny, ponieważ wyścig górski i trwa właśnie Tour de France. Wyszło bardzo symbolicznie, bo Rafał Majka właśnie w tej koszulce dojeżdża do Paryża i stanie w niej na podium na Polach Elizejskich. Jest pięknie, jest cudownie. Każdy jedzie po swoje grochy i spełnia ambicje i marzenia.
I tak na kilometr przed metą wczorajszego wyścigu w głowie mam tylko jedno:


Pchamy, pchamy, pchamy - polskie kolarstwo zawodowe na szczyty światowego rankingu i mój ciężki tyłek na kolejny, wyższy, bo górski poziom kolarskiego wtajemniczenia...

Tomasz Armuła
Czytaj więcej
 

Żądło Szerszenia rządzi

Żądło Szerszenia to wyścig stworzony dla mnie. Droga płaska jak stół i dystans 75 kilometrów, czyli w sam raz na moje możliwości. Zapowiadali na sobotę deszcz, ale skończyło się na strachu, bo pogoda była idealna. Na starcie prawie 800 osób. Frekwencja robiła wrażenie, ale organizatorzy stanęli na wysokości zadania i o jakimkolwiek zamieszaniu nie było mowy. Każdy wiedział skąd i o której godzinie startuje. W biurze zawodów bez żadnych kolejek po odbiór numerów i pakietów startowych.
Start honorowy

Zawodnicy byli wypuszczani na start co dwie minuty w grupach dziesięcioosobowych. Pomysł dobry, bo dzięki temu nie było chaosu na starcie i 800 osób nie pozabijało się w mega peletonie. Pech chciał, że nie załapałem się  do jednej grupy ze znajomymi, więc poczekałem kilka minut na nich po swoim starcie, żeby nie pedałować prawie trzech godzin solo. Zegar tykał, ale co tam-przyjechałem dobrze się bawić w grupie, a nie po zwycięstwo. Przy dobrej współpracy z sąsiadem i Piotrkiem i zgodnej jeździe na zmiany udało sie utrzymać średnią ponad 30 km/h. Tylko byliśmy w lekkim szoku, gdy minęliśmy linię mety, a na liczniku mieliśmy lekko ponad 60 kilometrów zamiast 75. Czas 1:57. Miejsce 197 na 291 startujących na dystansie niby 75 km. Na kresce lekka konsternacja. Wszyscy pytają, czy to na pewno meta, bo coś się nie zgadza. Bidony pełne wody, w kieszonce żele i batony energetyczne, w nogach jeszcze moc, bo każdy nieco inaczej rozłożył siły.

Meta

I tu kilka słów o minusach i rzeczach do poprawy na przyszłość. Wiele tego nie ma, ponieważ to był najlepszy i najlepiej zorganizowany wyścig, w którym brałem udział. Zbyt wiele tego w moim życiu nie było, ale jakieś doświadczenie i rozeznanie już mam.


Losowy dobór osób do grup na stracie. Nie zauważyłem możliwości, aby tworzyć własne grupy, czyli wybierać sobie zawodników do wspólnego startu. Czy wpisanie takiej samej nazwy grupy kolarskiej przy zapisach sprawiłoby, że wylądowałbym w jednym teamie ze znajomymi? Jeśli tak, to zwracam honor. To był mój debiut i możliwe niedopatrzenie.


Długość trasy nie zgadzała się z tą podaną przed startem przez organizatorów. I nie czepiam się szczegółów. 75 kilometrów a 63, to jest spora różnica. W momencie, gdy miałem wyrzucić bidony, zjeść ostatniego batona i przeprowadzić ostateczny atak, żeby urwać grupę i samotnie dojechać do mety, jako zwycięzca (taki żart i rozbujała wyobraźnia...), to... zobaczyłem kreskę :) Lekki szok. Kolega ustalił po kilku godzinach, że wszyscy pojechaliśmy złą trasą i nie zahaczyliśmy o małą pętlę. Tylko, że jechaliśmy po strzałkach. Co prawda te też nie były świeże i warto było oznaczyć trasę lepiej, ale były na tyle widoczne, że nie mogliśmy się zgubić. Skoro 300 osób na dystansie 75 km pojechało źle, to znaczy, że jest jakiś problem.


Piotrek i Marcin przed startem

Przez ten błąd w wynikach na stronie pojawiły się hocki-klocki. Średnią wyciągnięto z dystansu 75 km, więc zwycięzca jechał średnio prawie 50 km/h , a ja niemal czterdzieści. Tylko, że ja taką prędkość widziałem na zegarku przez chwilę z górki i przy dobrym wietrze. Wynik i czas nie był w tej zabawie najważniejszy, ale jak już robimy profesjonalny amatorski wyścig z numerami, fotokomórkami i chipami mierzącymi czas, to wypada robić to zawodowo.



Więcej minusów nie widziałem. Wpisowe było dość wysokie-70 złotych, ale nie były to pieniądze wyrzucone w błoto albo zgubione na trzebnickiej szosie. Dostaliśmy fajny pamiątkowy medal z wygrawerowanym papieżem (w końcu kanonizacja Jana Pawła II, a Trzebnica to trochę dolnośląska Częstochowa), a na mecie czekała prawdziwa uczta dla kolarzy: ciasta, owoce, grochówka, kiełbasa, chleb ze smalcem i wszystko w cenie wpisowego i prawie wszystko bez ograniczeń. Pełen szacun dla organizatorów. Wracam do Trzebnicy za rok, bo Żądło Szerszenia rządzi.

Piwo i grochówka na medal

Parę osób przyszło... :)


Czytaj więcej
 

Ślężański Mnich-fotorelacja

Tydzień temu w Sobótce ustawiłem się pierwszy raz na kresce startowej w 2014 roku. Czas na porcję zdjęć z tego wyścigu.
Kolejny start 26.04 w Trzebnicy. Lista startowa już zamknięta (http://www.maraton.trzebnica.pl/zapisy.php). Nie przypuszczałem, że impreza cieszy się aż taką popularnością...

Sobótka-Ślężański Mnich
 Jakoś się kręci, ale przydałby się bagażnik rowerowy, żeby nie rozkręcać ciągle sprzętu :)
 Z sąsiadem dużym i małym. Rośnie nowe pokolenie polskich kolarzy. Póki co na czterech kółkach :)
 Rozgrzewka przed startem
 Oczekiwanie w sektorze Maxi Amatorów
 Zwycięzca wyścigu amatorów-Piotr Wadecki. Więcej o "amatorze" na Wikipedii...
 Lecimy ku przygodzie...
 Sąsiad pobił swój kolejny rekord życiowy i już jest na liście startowej Żądła Szerszenia!
W grupie łatwiej.

 Ekipa z Wałbrzycha. Nie utrzymałem im koła na podjeździe. Ale nie ma co się dziwić.Na przełęcz Okraj to oni wjeżdżają z łatwością, jakby jechali po bułki i mleko do sklepu... :)
 Przycupnęliśmy sobie na chwilę ze zmęczenia po wyścigu. Ale tylko na chwilę, bo trzeba było zwolnić miejsce innym... :)
 Może kiedyś pozwolą nam usiąść na "pudle" legalnie :) Ale najpierw trzeba pokonać ponad setkę ludzi...
Wyścig był dobrze zorganizowany, a trasa świetnie zabezpieczona. Nad wszystkim czuwała policja ze swojego centrum dowodzenia.


Kolejny filmik z trasy



Czytaj więcej